Robert Prus
Sieć umysłów 1.0
Książki przyszłości
'Książki przyszłości' to nieco patetyczny i niezupełnie zgodny z moimi intencjami tytuł, tym bardziej że chcę pisać głównie o teraźniejszości.
Przeszłość
Mimo ciągłych narzekań wydawców, księgarzy (rzadziej autorów) książki są i będą czytane. Mimo rewolucji technologicznej, jaka się dokonała w ciągu ostatniej dekady, końcowy produkt wydawniczy - książka - od czasów Gutenberga w ogóle się nie zmieniła. Czarny tekst drukowany na białym papierze, trochę rysunków, czasem kolorowe fotografie. Fakt, te ostatnie pojawiły się później, gdzieś pół wieku temu.
Kosztowny i czasochłonny proces produkcji, droga i mało wydajna dystrybucja powodują, iż ludzi nie stać na kupno książek w 'stylu Gutenberga'. Czasem ktoś potrzebuje przeczytać tylko jeden rozdział, ale zapłacić musi za całą książkę. I tak jest szczęśliwy, że trafił na właściwą pozycję, bo jak na piechotę znaleźć poszukiwany tekst wśród kilkunastu tysięcy woluminów? Gdy ktoś ma małe mieszkanie to w ogóle powinien zapomnieć o inwestowaniu we własną, papierową bibliotekę.
Jeżeli ktoś ma słaby wzrok to ma pecha, nie da się już powiększyć czcionki (tak jak można to uczynić w przeglądarce internetowej), bo już jest wydrukowana, a jak jest niewidomy to czcionki Gutenberga, zupełnie płaskie są dla niego nieprzydatne.
Człowiek zawsze lubił mieć coś, czego można dotknąć, powąchać. Coś, w czym mole mogą się zagnieździć lub myszy pożywić. Ja natomiast, zawsze lubiłem patrzeć na żywe drzewa, a czytać tylko tekst, nie papier.
Nie, bo nie!
Papierowe książki mają swoje silne lobby tak jak producenci i dystrybutorzy ropy naftowej. Benzyna czy olej napędowy bardzo zanieczyszczają środowisko naturalne, jednak nafciarze blokują rozwój innych ekologicznych paliw, jak choćby wodoru. Podobnie wycinka lasów na papier, też nie służy środowisku.
Niestety, najtrudniej przekonać do wydawnictw elektronicznych zwykłych czytelników. Właściwie kogokolwiek bym nie zagadnął na ten temat, odpowiedź brzmi tak samo, bez względu na wiek, wykształcenie czy płeć rozmówcy. Wszyscy uważają, że najlepiej się czyta książkę lub gazetę papierową. Jednocześnie bardzo ich dziwi, że ja, będąc entuzjastą wydawnictw elektronicznych, zawsze zgadzam się z nimi w tej kwestii. Problem jest w tym, że w przypadku książek cyfrowych powinniśmy odróżniać elektroniczny nośnik zapisu (archiwizacji) tekstu od sposobu jego prezentacji naszym oczom (czy uszom). To są dwa różne zagadnienia!
Jak większość zwyczajnych ludzi, lubię czytać w pozycji horyzontalnej, w łóżku, na sofie czy w wannie, jak również na siedząco w bardzo ustronnym miejscu. Niestety, nadal pokutuje dziwny pogląd, że tylko papierowe wydanie (mam na myśli książki, nie taśmy) jest w stanie zapewnić nam taki komfort czytelnictwa.
Postęp w dziedzinie urządzeń umożliwiających przeczytanie, obejrzenie lub odsłuchanie elektronicznych książek jest olbrzymi. Począwszy od klasycznych komputerów osobistych poprzez notebooki, doskonalonych ciągle lekkich palmtopów, aż do odtwarzaczy CD, MP3, DVD lub innych multimedialnych, wyświetlających obraz na telewizorze, lub emitujący fonię w radioodtwarzaczu samochodowym. Być może palmtopy zasługują na większą uwagę, ponieważ umożliwiają delektowanie się treścią książek praktycznie w każdym miejscu i konfiguracji, są dużo tańsze od notebooków i poręczniejsze, a ich możliwości techniczne rosną w zawrotnym tempie.
Jakiś czas temu, dziennikarze Gazety Wyborczej doszli do wniosku, że powierzchnia twardych dysków jest znacznie tańsza niż papier. Do swoich obliczeń założyli, iż jedna kartka tekstu w formacie rtf zajmie 6 KB. Kupując 80 GB twardy dysk za 400 zł (100$), zapisalibyśmy na nim prawie 14 milionów stron tekstu. Za taką samą ilość kartek papieru do drukarki zapłacilibyśmy 280 tysięcy złotych (70 tys. $).
Ciepło, ciepło, gorąco!
Myślę, iż w celu szerszej popularyzacji publikacji elektronicznych przydałaby się szybka drukarka i papier wielokrotnego użytku. Niezłym rozwiązaniem mogłoby być zastosowanie techniki zbliżonej do termicznego druku znanego z pierwszej generacji telefaksów. Ten, kto by opracował takie urządzenie, opatentował, wdrożył do produkcji i odpowiednio wypromował, mógłby zbić na tym wynalazku fortunę. Ale musiałby zrobić to umiejętnie, gdyż mógłby narazić się wielkim firmom, producentom wszechobecnych drukarek, opartych na tuszu czy laserze (tonerze).
Naturalnie, że koneserzy, którzy nadal będą lubili ścieranie kurzu ze swoich książek, będą mogli je wydrukować w wielu punktach usługowych i pięknie oprawić u introligatora.
Czarne na białym
Niektórzy stwierdzą, że multimedialne albo nawet czysto tekstowe, ale elektroniczne książki to dopiero przyszłość. Może dla nich tak. Przecież nie wszyscy w ogóle potrafią czytać.
Warto przyjrzeć się bliżej rozwojowi przekazu informacji. Można go podzielić na kilka historycznych etapów:
odkrycie mowy (przekazywanie informacji w formie ustnej)
wynalezienie pisma (alfabetu fonetycznego)
wynalezienie druku
wynalezienie zapisu cyfrowego
stworzenie sieci
Każdy z nich był bezsprzecznie kamieniem milowym, nie tylko w systemie zapisu i przekazu informacji, ale w ogólnym rozwoju cywilizacyjnym naszego gatunku. Mimo że praktyczne wprowadzenie zapisu cyfrowego miało miejsce jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku, wchodząc do księgarni, cofamy się o kilkaset lat, do czasów Gutenberga tj. do połowy piętnastego wieku. Czarny tekst na białym papierze. Chociaż od niedawna to porównanie nie jest najlepsze, bowiem biblia Gutenberga została zdigitalizowana i udostępniona on-line http://www.hrc.utexas.edu.
To, że przygotowanie książki do druku odbywa się przy użyciu bardzo zaawansowanej technologii, jeszcze wiosny nie czyni. Ten proces można porównać do nowoczesnych imitacji starych antyków. To dobre dla koneserów, ale i ci wolą oryginały. Pewną jaskółką w tym względzie jest rządowy program www.pdi.edu.pl. Jakiś czas temu moja koleżanka rozesłała apel do swoich znajomych o zbiórkę książek dla biblioteki szkolnej w biednej bieszczadzkiej wsi. Rozbawiło mnie to trochę i zaproponowałem jej raczej zbiórkę na Internet dla szkoły.
Digitalizacja
Powszechna digitalizacja i udostępnienie w sieci istniejących książek poszerzyłaby dostęp do olbrzymiej ilości zgromadzonej przez ludzkość wiedzy. Ale główną zaletą zamiany 'papierowego tekstu' na cyfrowy byłaby nieosiągalna nigdy dotychczas łatwość i szybkość wyszukiwania pożądanej informacji lub tekstu. Taka globalna biblioteka mogłaby znacznie wzbogacić ludzkość, przynajmniej intelektualnie.
![]()
Książki cyfrowe dają jeszcze dodatkowe istotne ułatwienie. Odnośniki do innych książek czy rozdziałów lub artykułów w tradycyjnych papierowych książkach są tylko statycznym znakiem, symbolem. W dokumentach istniejących w Sieci albo nawet tylko w komputerze nabierają innego interaktywnego charakteru tj. hiperlinku, do których chyba nikogo nie trzeba przekonywać.
Teraźniejszość
Właściwie, dlaczego książka nie może do mnie mówić, śpiewać, grać, odtwarzać muzykę, czy nawet wyświetlać filmy? Setki lat przyzwyczajenia do statycznych ilustracji książkowych spowodowało, iż mało kto pomyśli o ilustracjach animowanych wykonanych w technologii flash, czy choćby animowanych obrazków w formacje graficznym gif.
Dlaczego konkretne wydanie książki ma być tylko w jednym języku? Filmy na płytkach DVD mogą mieć ścieżkę dźwiękową w kilku wersjach językowych, a napisy w ponad kilkunastu. Bariery językowe poszczególnych wydań zniknęłyby, a znajomość języków obcych znacznie by się poszerzyła. Można by było uczyć się poprawnej wymowy śledząc tekst, albo czytać tekst po polsku, a słuchać w języku obcym. Ilu zawodowych kierowców chętnie posłuchałoby niejednej książki. A jak wiedza w narodzie by kwitła!
Czytałem niedawno świetną biografię Stalina spisaną przez Roberta Conquest. Publikacja miała charakter dość oszczędny, oględnie się wyrażając. W całej książce była tylko jedna fotografia okrutnego Tyrana i to na okładce. Mimo przejmującej tekstowej charakterystyki towarzysza Józefa Wissarionowicza, aż się prosiło o kolorową fotografię jego żółtych, tygrysich oczu lub umieszczenie filmu pokazującego powolne i ociężałe ruchy Dżugaszwili albo też dźwięku jego suchego, bezbarwnego głosu.
Możliwości
Potencjalne, ogromne możliwości są tylko ograniczone naszą mentalnością, krótkowzrocznością, niewiedzą czy nawet głupotą.
Internet jest niemal idealnym medium do dystrybucji książek. Jego ograniczenia to pewna techniczna słabość dotycząca zabezpieczenia majątkowych praw autorskich. Można ją oczywiście zminimalizować stosując zdroworozsądkową politykę cenową publikacji oraz poprawiając skuteczność organów ścigających i orzekających o naruszeniach tego prawa.
Widziałem niedawno kolejną adaptację 'Rewizora' Mikołaja Gigola, ze świetną kreacją Janusza Gajosa w roli Horodniczego. Po spektaklu zapragnąłem sprawdzić w oryginale parę bardzo charakterystycznych zwrotów użytych w dialogach. Bez najmniejszego problemu, w ciągu kilku sekund odnalazłem w Internecie wszystkie, cyrylicą spisane, dzieła Mikołaja Wasiljewicza http://lib.ru/GOGOL/gorewizor.txt. To była prawdziwa uczta artystyczno-językowa.
Zaletą Internetu jest drastyczne obniżenie kosztów dystrybucji. Odpada transport, cała sieć hurtowni i księgarni. Towar jest dostępny przez 24 godziny na dobę na całym świecie. Koszt produkcji egzemplarza danej publikacji ograniczyłaby się wyłącznie do wkładu intelektualnego, gdy jest udostępniany przez sieć, a w innych przypadkach do wartości tłoczonej płytki. Praktycznie nie ma możliwości wyczerpania się nakładu. Ograniczenia mogą wynikać tylko z przesłanek handlowych lub formalno-prawnych.
Cywilizacja obrazkowa
Niewielu zdaje sobie sprawę, że jeszcze kilkanaście wieków temu zabronione było graficzne odwzorowywanie świata zwierząt oraz ludzi, a może i roślin. Dopiero poprzedzony wieloletnimi wojnami II Sobór Nicejski w 787 roku zniósł ten zakaz. Ale jeszcze długo potem obraz nie był zbyt powszechny. Przez następne wieki prawosławni artyści malowali ikony klęcząc przed obrazem. Mimo że dzisiaj restrykcja ta wydaje się dziwna, to pamiętajmy, iż miała ona poważne podstawy, wywodziła się z Dekalogu. Obecnie wydaje się, że tylko muzułmanie w jakimś stopniu realizują ten zakaz. Przynajmniej w ich świątyniach nie znajdziemy figuratywnych obrazów.
Cały nasz teraźniejszy świat jest coraz bardziej obrazkowy, każda sfera naszego życia, życia przed i po życiu, jest uwieczniana na nośniku takim czy innym. Tekst, do którego jako cywilizacja dochodziliśmy przez tysiąclecia (alfabet, pismo ręczne potem drukowane) jest stopniowo wypierany przez obraz i słowo mówione.
Łatwość dystrybucji i zwielokrotniania elektronicznego obrazu dzięki transmisji telewizyjnej czy internetowej jest oszałamiająca. Chociaż jest to naszą współczesną codziennością, to w przeszłości wcale tak nie było.
Tak więc ludzkość przeszła długą drogę: od powstania pierwszych obrazków malowanych na skale, poprzez dokonanie wynalazku pisma i zakazanie tworzenia wszelkich obrazów, by wreszcie stać się świadkiem eksplozji sztuki figuratywnej, a chwilę później cywilizacji cyfrowej. Właśnie tej cywilizacji, która znów sprowadziła nas do obrazka. Ale nie widzę w tym nic złego, tym bardziej, że ponoć jeden obraz wart jest tyle, co tysiąc słów.
Co autorskie autorowi
Znacznym ograniczeniem w dystrybucji 'wiedzy' poprzez Internet jest bardzo długa majątkowa ochrona praw autorskich. O ile pamiętam, najnowsza polska ustawa o 'ochronie praw autorskich i pokrewnych' przewiduje 70-letnią ochronę od momentu śmierci twórcy. Najgorsze jest to, że bez zróżnicowania zawartości utworu. Mam na myśli brak podziału długości ochrony bez względu czy to jest np. książka beletrystyczna czy podręcznik do projektowania układów scalonych albo też słownik językowy. Ustawa ma dostosować polskie standardy do międzynarodowych, ale jest niestety krokiem wstecz.
Wydaje się, że w erze Sieci konieczne jest skrócenie ochrony majątkowych praw autorskich np. do pięciu lat w przypadku książek niebeletrystycznych, dziesięciu dla beletrystycznych, piętnastu dla słowników językowych. Okresy te byłyby liczone od momentu publikacji danej pozycji. Po tym czasie ochrony książka mogłaby być bezpłatnie udostępniona w Internecie. Natomiast od wszelkich innych 'niesieciowych' form publikacji np. papierowych czy płytowych przysługiwałyby tantiemy dla autora w zależności od ilości sprzedanych egzemplarzy.
Śmiem twierdzić, iż prędzej czy później większość książek będzie bezpłatna.
Co cesarskie cesarzowi
Rozwijające się różne systemy płatności kartami, SMS'ami lub innymi wirtualnymi pieniędzmi umożliwiają dokonywanie bezpiecznych i szybkich transakcji.
Tylko 30 % ceny książki, którą kupujemy w księgarni to tzw. koszty bezpośrednio związane z produkcją książki (wynagrodzenie lub tantiemy autora, ewentualne tłumaczenia, korekta, grafika itp.), włączając w to koszt druku. Pozostałą część płacimy pośrednikom, hurtownikom, księgarzom, transportowcom, doręczycielom.
Przyszłość
O przyszłości jeszcze nie piszę, żyjemy przecież w teraźniejszości.
powrót